sobota, 25 października 2014

Od Libertas'a C.D Sary

- Ja... n- nie wiem... - rzekłem, ale mój głos był słaby i jakby wyciszony.
Prawda była taka, że czułem się okropnie. Zupełnie opuściły mnie wszystkie siły. Wcześniej byłem zbyt zestresowany, aby pojąć co tak naprawde się ze mną dzieje. Nie chciałem się przyznawać, że w obawie o życie Sary nie spałem dobrych parę nocy. Nie tykałem też żadnego jedzenia, które Red przynosił z polowań. Rozmawiałem o tym z Victorią, ale ona nie zna się na lecznictwie i nie mogła stwierdzić co mi dolega.
- Jesteś pewien? Może powinnam cię obejrzeć.
- Nie trzeba. Wszystko gra. - powiedziałem, a przynajmniej starałem się, aby brzmiało to pewnie.
Ruszyłem przed siebie, ale nogi uginały się pode mną z każdym kolejnym krokiem. Zorientowawszy się, że dalsze próby nie mają sensu, usiadłem na trawie, unosząc łeb do góry. <nic ci nie jest, to tylko zmęczenie> - starałem się wmówić samemu sobie.
Niestety, było coraz gorzej: kręciło mi się w głowie, miałem nudności i czułem się strasznie senny. Po chwili dopadł mnie potworny atak kaszlu. Dopiero gdy zorientowałem się, że ksztuszę się własną krwią, Sara postanowiła zainterweniować.
- Połóż się natychmiast! - krzyknęła w panice, ale ja jej nie usłyszałem.
Być może spełniłbym jej prośbę, ale zanim dokończyła zdanie, padłem bezwładnie na ziemię. Victoria starała się mnie wybudzić: potrząsała, wołała - nic nie pomagało.
Medyk podszedł do mnie i przyłożył łeb do mojej piersi. Wciąż oddychałem. Kremowa wadera popatrzyła na nią z przerażeniem w oczach.
- Nie martw się. - zapewniła Sara. - Nic mu nie będzie.

<Sara/Victoria?>

Od Sary C.D. Victorii

Na moim futrze ujawniły się ładunki elektryczne, które zaczęły łączyć się w ogromną, elektryczną sieć.
- Ech... Teraz wyjść i nie zrobić nikomu krzywdy... - westchnęłam i powoli podniosłam się z mułu, wyszłam na brzeg. Otrzepałam się z wody, dmuchnęłam na przyklapniętą grzywkę wchodzącą mi do oczu. Rozejrzałam się dookoła.
Wiatr wirował tu i tam tańcząc z liśćmi. Trawa falowała niczym morze w wietrzny dzień, lecz nie było ani jednej żywej duszy. Odetchnęłam z ulgą, bo brak żywych oznacza brak zagrożonych.
Taki już mój urok, po bliższym kontakcie z wodą przestaję panować nad mocami i wychodzą z tego naprawdę nieprzyjemne sytuacje.
Uśmiechnęłam się, po czym usiadłam tuż przy brzegu.

***

Byłam już całkowicie sucha, a futro przestało emitować energię. Wstałam i wróciłam na ścieżkę. Ku mojemu zaskoczeniu wpadłam na Libertas'a i jakąś waderę o kremowym futrze. To chyba była Victoria, raz po raz odbiło mi się to imię o uszy.
- Cześć! - powiedziałam do wilków, jednakże zauważyłam, że coś się stało z Libertas'em. Jego oczy straciły iskrę oraz zapał z jakim pomagał mi w odnalezieniy trupiej róży. Lazurowe plamki wyblakły i przestały być... lazurowe. Futro z błyszczącego przeobraziło się w matowe.
- Libertas? Czy wszystko gra? Może jesteś chory? - spytałam zaniepokojona.

<Victoria? Libertas?>

Od Victorii C.D Sary

Nagle usłyszałam plusk. Zdziwiona podeszłam do strumyka, który płyną tuż obok. Powoli zbliżając się do brzegu zobaczyłam wilczy ogon wystający z wody. Podeszłam jeszcze bliżej i ujrzałam mokrą do suchej nitki wilczycę. Zastanawiałam się co ona tu robi. Niechcący nadepnęłam na gałąź i chyba zorientowała się, że tu jestem. Szybko wycofałam się i zniknęłam między krzakami. Wycofując się wpadłam na Libertas'a. Zdziwiona wstałam.

 < Libertas ? /  Sara ? >
Ps: Lekki brak weny.

Od Sary

Wszystkie rany na ciele po spotkaniu z demonami zdążyły całkowicie zniknąć, a wraz z nimi... przygody. Teraz zaczęłam popadać w codzienną rutynę. Nie żeby zbieranie roślin oraz przygotowywanie trucizn, cykut, lekarstw nie było ciekawe, ale brak mi "nowości"...
Wysunęłam się powoli zza krzaków i usiadłam nad Wodospadem Chei. Spojrzałam na sunącą wstęgę wody.
"Czas zacząć kolejny zwykły dzień..." - pomyślałam. Westchnęłam ciężko i wstałam z pokrytej rosą trawy, po czym ruszyłam wąską, leśną ścieżką
Brzoskwiniowe sklepienie nieba poczęło przybierać barwy lazuru, a królewskie, złote oko wolniutko wznosiło się ponad horyzont. Białe tratwy chmur dryfowały po morzu jutrzenki, a nocne gwiazdy przygasały dając szansę dniu.
Zaczęłam "bawić się" ładunkami elektrycznymi, a to na moim futrze tańczyły wiązki prądu, a to przebiegały mi drogę małe sznurki szkarłatnej albo zielonej energii.

***

- Niech pomyślę. Mam trupią różę, senne fiołki, kryształową koniczynę... - przerwałam, gdyż ujrzałam cień wilka o przerażających, krwistych oczach. Zjawa spojrzała na mnie, a po chwili rozpłynęła się w powietrzu. Lekko przestraszona ruszyłam przed siebie.
- Quo vadis, Sara? (Dokąd idziesz, Saro?) - usłyszałam dziwne szepty. Zignorowałam odgłosy i dalej szłam dróżką.
- Quo vadis, Sara? - ten sam duch o strasznych oczach stanął przede mną. Pisnęłam cicho i rzuciłam w cień kulą energii. Gdy zniknął, uspokoiłam się, lecz mój spokój nie potrwał długo, albowiem do moich uszu dobiegł szelest liści oraz trzask łamanej gałęzi.
Nagle z krzaka obok wychyliła się wilcza głowa, chyba właściciel pyska nie wiedział o mojej obecności, ponieważ zdawał się być zaskoczony.
Niestety ja pomyślałam, że jest to cień, który widziałam kilkanaście minut temu. Odskoczyłam na bok, potknęłam się o wystający korzeń i wpadłam z impetem do strumyka płynącego obok.

 <Ktoś? P.S. Sara powraca>
 

czwartek, 23 października 2014

Od Libertas'a - Event Helloween'owy

Jak każdy wilk, po wielogodzinnych poszukiwaniach wreszcie odnalazłem ulubione miejsce do przemyśleń - Las Czasu.
Legenda mówiła, że każdemu kto do niego wejdzie może objawić się kawałek jego własnej przyszłości. Niestety, ja jeszcze nigdy nie zauważyłem nic wyjątkowego prócz czarnych, uzdrawiających róż rosnących przy korzeniach Cichych Entów. Rozglądnąłem się dookoła, westchnąłem głośno i usadowiłem się na miękkim mchu okrywającym leśną ściółkę. Rozmyślałem nad wieloma sprawami, przede wszystkim o nowej watasze, w sumie nic szczególnego. Ze stanu marzeń wytrąciły mnie piski nietoperzy, raniąc wrażliwy, wilczy słuch. Zerwałem się na cztery łapy. Wtedy zauważyłem małe, białe oraz na wpół przeźroczyste istotki przechodzące obok. Wyrastały za nimi małe dynie, a po chwili cała ściółka mieniła się odcieniem pomarańczu. Zastanawiałem się czym są, więc czym prędzej podążyłem za nimi.

***

Małe duszki zatrzymały się przy największym drzewie w Lesie, a następnie okrążały jego pień tworząc tym samym piękny, jakby upleciony z pajęczynu płaszcz. Ten widok zachwycał i przerażał jednocześnie, bo w tejże chwili zorientowałem się także, że nie mam pojęcia gdzie jestem. "Ślepy" marsz za tajemniczymi istotami tak bardzo mnie wciągnął, że zaszedłem zbyt daleko i zgubiłem orientację w terenie. Nagle głośny, ponury, przeszywający do szpiku kości chichot rozbrzmiał pośród głuchej ciszy. Zacząłem się wycofywać choć tak naprawde nie znałem źródła przerażającego dźwięku. Niespodziewanie z twardego gruntu wydobyła się będąca już w ostrym stadium rozkładu dłoń. Z niewiarygodną szybkością złapała mnie za tylną łapę, uniemożliwiając ucieczkę. Gryzłem, szamotałem się i rwałem, ale moje starania były bezużyteczne. Im bardziej chciałem uciekać, tym bardziej paraliżował mnie strach. Jak okiem sięgnąć, wiecznie wilgotna gleba nabrzmiewała, dając ujście kolejnym dłoniom, potem głowom, a następnie całym ciałom umarlaków. Żywe, wilcze trupy parły prosto w moją stronę. Zaskomlałem cicho. Ślepe, bezrozumne spojrzenia, bezwładnie zwisające języki, skąpe owłosienie i połamane kości... Do tego jęki i sapanie na których dźwięki każdy by zwariował. Kiedy wkońcu udało mi się wyślizgnąć z obcęg kościstej dłoni, ruszyłem przed siebie niczym spłoszona przez lwa antylopa. Biegłem tak szybko, że zaczynało brakować mi tchu, ale strach okazał się być silniejszy. Pomimo dawno rozesłanych plotek na temat powolności zombie, te wcale nie należały do wolnych. Wręcz przeciwnie: sprawnie i wytrwale utrzymywały tempo biegu. One się nie męczyły - a ja tak. Pech chciał, że potknąłem się o ten nieszczęsny korzeń drzewa, która jakby tylko czyhał, aby pomóc tym skubańcom mnie dopaść. Zanim zdążyłem się podnieść, jeden ze Szwendaczy podbiegł do mnie i zatopił splamione krwią kły z miękkiej szyi. Czułem jak kolejne rozrywają moje ciało na strzępy.

***

Teraz jest już cicho... spokojnie... i tak jakoś zbyt w porządku. Poruszam się wolnym krokiem, uporczywie próbując odnaleźć drogę do domu. Ale nigdzie się nie śpieszę. To już i tak nie ma sensu. Nawet jeżeli wrócę... czy ktokolwiek mnie rozpozna? Zmieniłem się, nie jestem taki jak kiedyś. Moje serce przestało bić dawno temu, tak samo jak ustał oddech. Trzeźwe myślenie zastąpiło wyraźne łaknienie i tylko to się teraz liczy. Razem z moimi pobratymcami czekamy na dzień, aż jakaś nieuważna istotka zabłądzi w Zgubnym Lesie Czasu, a my wreszcie napełnimy wiecznie spragnione krwi żołądki. Nie czuję zimna białego puchu okalającego okolicę, ani promieni słońca, delikatnie pieszczących zmysły. Radość oraz smutek to dla mnie obec uczucie. Nie pamiętam swojego ostatniego uśmiechu, ani przyjaciół: po prostu niczego. Wciąż mam nadzieję, że kiedyś odzyskam życie na nowo, ponieważ na chwilę obecną tylko puste sny są w stanie utwierdzić mnie w przekonaniu, że w dalszym ciągu (chociażby odrobinę) jestem wilkiem, którym zawsze byłem. Codziennie patrzę w niebo i proszę je o cud, ale ono nigdy nie słucha. Może zapadnę w wieczny sen, aby już nigdy nie wyrządzić krzywdy niewinnym osobom?
Nie... pyszne, pożywne mózgi nie są warte tak wielkiego poświęcenia.

wtorek, 21 października 2014

Od Red'a - Event Halowen'owy

Wilk szedł żwawym krokiem w kierunku lasu, lub czegokolwiek na północnej stronie watahy. Minąwszy fioletowo-różowy wodospad, który "oblał" spojrzeniem, na którym widoczna byłą odraza. Począwszy od strumienia, który okalały chińskie wiśnie, do tego miejsca, czuł odrazę, która powiększała się z każdym krokiem. Nie było tu miejsca, które nie byłoby wesołe, różowe lub inne w takowym stylu. Szukał miejsca, gdzie ktoś wreszcie by go przestraszył, mógł się wyciszyć, bądź kogoś, po prostu - zabić, skrzywdzić. Jedynym dobrym dla niego rozwiązaniem było, zabicie choć jednej zwierzyny, zwierzątka - nawet motyla.
Po czasie, powiedzmy jakiejś godzinie, wilk zwolnił i szedł przez, Pola Silver Silence.. pierwsze miejsce, którego nie obdarował swoim pogardliwym spojrzeniem.
Usadowił się nad jednym ze strumieni, w cieniu. Wilcze, czerwone oczy lustrowały otoczenie, ale myśli odbiegały w głąb jego głowy. Uszy nieustannie poruszały się, wysłuchując najmniejszego szeptu.
Poczuł dreszcz, i lekkie drgania ziemi. Zdumiony obejrzał się wokoło siebie, jednak nic nie ujrzał. Zobaczył ciemność, bezgraniczną i nieskończoną - ciemność. Upadł.
Obudził się na kolorowej polanie, wokół niego błyskały kolorowe światła, jedne błękitnie i różowe (co o dziwo, podobały mu się), a drugie pomarańczowe. Ścieżki, wiły się praktycznie wszędzie.
Red wstał bardzo wolno, czuł obolałe nogi. Czyżby szedł tu tyle czasu? Nie przypominał sobie, tego. Wiedział, że leżał na polanie... Kiedy stał, oglądał otoczenie, najbliżej niego znajdowały się.. duchy jeleni, ale co jeszcze bardziej go zdumiało, to to, że kiedy podszedł do tafli wody, ujrzał siebie!
(Był człowiekiem) Na głowie widniał cylinder, a na plecach wisiała czarna peleryna. A w ręce miał...dynię! Taką jak dzieci, które chodzą zbierać cukierki na Haloween, a! Zapewne utknął w Halowwen'owej "krainie", ściągnął wieczko z dyni i wyciągnął będącą tam kartkę;
- Uzbieraj całą dynię cukierków, w wypuścimy Cię z tego (cudownego dla Nas) miejsca. - Odczytał i spojżał po sobie; "On, zbierający cukierki, aby wydostać się z jakiejś bajki?"
Jednak próby, które miały na zamiarze wrócić do dawnego miejsca, nie powiodły się.
- Jak mus, to mus - Prychnął i podszedł do pierwszego lepszego domu, zadzwonił dzwonkiem, a zza drzwi wyszła staruszka-duch.
- Znowu te natrętne dzieciaki, czego?! - "Warknęła" kobieta
- Cukierek, albo psikus?
- Oesu, masz - Mruknęła wrzucając garść cukierków do dyni.
* * *
Obudził się. A przynajmniej tak mu się zdawało.
- Ha! Wiedziałem, że to sen?! - Wykrzyknął i zdziwił się gdy zobaczył, dynię i doczepioną kartkę: "Mamy nadzieje, że to był udany "wieczór" w Lesie Przygód. Smacznych Cukierków!
- Ja się zabije, ale w sumie całkiem niezłe. - Mruknął zjadając pierwszego cukierka.

Dop. Autora: Tak się kończy przygoda Red'a w Lesie Przygód, mam nadzieję, że fajnie się czytało. :3

Od Libertas'a C.D Red'a

Niechętnie wyłoniłem się zza osłaniających mnie krzewów. Pomimo rzucającej się w oczy sierści, udało mi się przez dłuższy czas pozostać niezauważonym. Ponury wyraz pyska nieznajomego basiora sprawił, że sam nabrałem bojową postawę. Obcy obnażał długie, białe kły, ale nie zamierzałem się wycofywać. Patrzyłem mu prosto w oczy. Było w nich coś okropnego, demonicznego. Pusty wzrok bez emocji jak u porcelanowej lalki przebijał moją duszę na wskroś. Nawet nie zauważyłem kiedy zaczęliśmy zataczać kręgi wokół siebie. Tejmniczy osobnik z pewnością miał chęć na małą walkę. Ze względu na długie łapy, byłem od niego prawie o łeb wyższy. Jego silne, krępe, zbudowane jakby ze stali ciało było jednak zbyt powolne by mnie dogonić na wypadek, gdybym zdążył uciec. Krwistoczerwone oczy błysnęły, widząc odbicie martwego truchła spotkanego towarzysza.
- Śledziłeś mnie? - zapytał wkońcu, a głęboki, mocny głos rozbrzmiał w moich uszach.
- Przechodziłem obok, kiedy wyczułem dziwny zapach w krzakach. Postanowiłem przyjrzeć się bliżej, ale z bezpiecznej odległości.
- I dlatego zmieniłeś kierunek wiatru, abym cię nie wyczuł? Zabawny jesteś. - zakpił basior, odwracając się do mnie zadem.
Też mi filozofia, każdy głupi potrafił rozpoznać Wilka Powietrza. Mają charakterystyczną budowę i futro osiane błękitnymi bądź białymi kropkami. Żywioł powietrza potrafi być równie zabójczy jak ogień czy woda, ale tornado niszczyło całą okolicę i zabija wszystko na swej drodze. Red jakby wiedział, że moje umiejętności są ograniczone ze wględu na tereny watahy, których nie mogłem zbeszcześcić. Warknąłem niedbale i ruszyłem przed siebie, nie mając ochoty na dalsze pogawędki z takim gburem. Co dziwne, tajemniczy basior ruszył na mną, przez co przyśpieszyłem z kłusu do galopu.

<Ktoś?>

poniedziałek, 20 października 2014

Od Hazuki C.D. Afuro

Siedziałam czyszcząc norę z resztek krwi Sary, która właśnie poszła rozprostować łapy, wtem usłyszałam blisko wyjście znajomy głos Afuro. Nie miałam ochoty na rozmowy, dlatego siedziałam w norze i nasłuchiwałam. "Co chcecie zrobić?", nikt nie odpowiedział. Od ataku prawie nic nie mówili, panowało dziwne napięcie, którego musiałam się pozbyć. Wstałam i wyszłam z nory.
- Sara zostanie i będzie odpoczywać, a wam radziła bym zrobić to samo.
Gdy Sara weszła do nory, nie patrząc na innych, pobiegłam do swojego legowiska.
Ten dzień był męczący i mam nadzieję, że nie popsuje relacji w watasze, pomyślałm leżąc na miękkiej skórze, gotowa do spania.

***
Minął tydzień od incydentu w lesie. Sara wróciła już do formy, choć trzyma się z dala od reszty. Wszyscy zdają się ją rozumieć i nie narzucają się. Moje dochodzenie, jak na razie, nie dało zbyt dużych efektów, ale nie przestaje szukać.

Od Red'a

Siedziałem na ławce, i przyglądam się bawiącym dzieciom..włosy spadały mi na oczy, a ciemny, dosyć długi płaszcz - dotykał ziemi. Wszyscy omijali mnie szerokim łukiem, aczkolwiek kilka dzieci podeszło bliżej, jednak rodzice szybko je chwytali. "Szare, pozbawione sensu życie" - myślałem, gdy wreszcie nie miałem siły poprzyglądać się poruszanym przez wiatr huśtawką, wstałem i powolnym krokiem, ruszyłem w stronę lasu.
* * *
Cichy szmer, w krzakach oznajmił, że nie jestem sam. Wilcze ślady, odbijały się na błocie, a czasem brudziły w kałużach. Znudzony, stanąłem i czekałem, aż tajemnicza postać wyjdzie zza krzewów.

< Tajemnicza Osobo, Wilku? >

NOWY CZŁONEK!


Do watahy dołączył nowy wilk Red!